Żona wolałaby żebym pił jak inni na impreazach
Mam 35 lat. Nie piję alkoholu od 11 lat.
Gdy poznałem moją żonę, byłem trzeźwy dopiero od dwóch miesięcy i nigdy nie była świadkiem, żebym był pod wpływem alkoholu. Ona sama również nie pije, ale nigdy nie miała z alkoholem problemu — po prostu go nie potrzebuje i zawsze potrafiła dobrze się bawić na trzeźwo. W przeciwieństwie do mnie.
Na weselach czy imprezach bardzo się starałem: przełamywałem się, tańczyłem, dotrzymywałem jej kroku na parkiecie. Problem w tym, że nigdy nie potrafiłem wyluzować się tak jak ludzie po alkoholu. Z czasem coraz częściej kończyło się to kłótniami — bo nie bawiłem się „jak inni faceci”, którzy byli wyraźnie pijani. Moje tłumaczenia, że oni są pod wpływem, a ja nie, nic nie dawały. Każda taka impreza kończyła się kłótnią i później kilkudniową ciszą.
Przez lata doszło do tego, że na samą myśl o imprezie byłem chory ze stresu, bo wiedziałem, jak to się skończy — mimo mojej dobrej woli i starań.
Zauważyłem też coś, co bardzo mnie bolało: pijani faceci w jakiś sposób imponowali mojej żonie, bo „świetnie się bawili”. Nawet gdy ich zachowanie ocierało się o upodlenie, ona traktowała to jako zabawne, a nie jako żenujące pijaństwo. Miałem wrażenie, że to nie ze mnie jest dumna, mimo że nie piję, tylko z tych, którzy są „wyluzowani”.
Sylwester 2024/25, mimo że spędzany w domu, również skończył się kłótnią — bo „nie potrafiłem się bawić”. Dodam, że byłem wtedy bardzo uległy, spokojny, unikałem jakiejkolwiek zaczepki, byle nie było konfliktu.
W tym roku powiedziałem wprost, że na Sylwestra chyba pojadę do teściowej obejrzeć film, żeby znowu nie było kłótni. Żona pracowała do 21, wróciła zmęczona i poszła spać, a ja spędziłem wieczór z dziećmi. Pomyślałem, że mam wreszcie spokój z imprezami.
Niestety, niedługo później żona zaproponowała wyjście na imprezę karnawałową ze znajomymi. Na początku było w porządku — mimo spięcia tańczyłem z nią, choć muzyka nie była w moim guście, i bardzo się starałem sprawiać wrażenie, że wszystko jest super. Około 22:00 poczułem zmęczenie, a towarzystwo było już wyraźnie wstawione. Moja mina lekko zrzedła. Żona zapytała, czemu się nie uśmiecham. Odpowiedziałem spokojnie, że nie potrafię się wyluzować tak jak ona i że dobrze o tym wie. Od tego momentu pojawił się foch.
Po kilkunastu minutach próbowałem załagodzić sytuację i zaprosiłem ją do tańca, ale odmówiła i zaczęła mnie ignorować. To całkowicie mnie dobiło. Siedziałem sam, gdy wszyscy — łącznie z żoną — dobrze się bawili. Przed północą poprosiłem, żeby zawiozła mnie do domu. Dziś praktycznie się nie odzywamy.
Nie mam pretensji o to, że ona lubi się bawić. Mam pretensję o brak szacunku do tego, że ja tego nie znoszę i że przez lata dokładane były do tego kolejne „cegiełki”. Nie potrafię zrozumieć jej zachowania — tym bardziej że sama wychowała się z ojcem alkoholikiem i wie, co alkohol robi z ludźmi. Wśród jej znajomych też są faceci, którzy po alkoholu robią „wiochę”.
Ja nie wyobrażam sobie, żeby moje dzieci kiedykolwiek widziały mnie pijanego. Mam wrażenie, że żona wolałaby, żebym pił „jak inni”, niż był abstynentem — kiedyś nawet powiedziała to w trakcie kłótni. A ja nie zaprzepaszczę 11 lat trzeźwości i wszystkiego, co przez ten czas zbudowałem, dla głupiej zabawy.
I tu mam największy problem:
nie wiem, czy to ze mną jest coś nie tak, czy faktycznie mam prawo stać przy swoim. Czuję się w sytuacji bez wyjścia — rozwód oznaczałby widywanie dzieci tylko w weekendy, a trwanie w takim układzie coraz bardziej mnie niszczy.
|